niedziela, 17 marca 2013

53. Wszyscy o mnie pamiętają

Potęga Facebook'a jest niezwykła!

W piątek przyszłam do szkoły o 7:00, weszłam do szatni na w-f, a tam kilka dziewczyn, które już były, zaraz rzuciły się na mnie, krzycząc: "Wszystkiego najlepszego!". No nie powiem, rzeczywiście było mi miło. Niby nic wielkiego, ale bardzo przyjemne zaskoczenie, kiedy osoby, które znasz zaledwie pół roku, składają Ci urodzinowe życzenia. Spora część z tych, które później dochodziły, również pokazały mi, że wiedzą, jakie dziś "święto".

Lecz po chwili przyszła koleżanka, z którą się kumpluję trochę bardziej, to znaczy siedzę z nią na kilku lekcjach i czasem o czymś tam pogadamy. Śmiałam się w duchu, że najwyraźniej ona na fejsa nie weszła. Chociaż tydzień wcześniej coś jej wspomniałam, że mam urodziny w piątek, to jednak chyba o tym fakcie zapomniała.

Później na przerwie spotkałam dwie koleżanki, jeszcze z gimnazjalnej klasy. Razem z nimi i dwiema innymi dziewczynami miałyśmy kiedyś, hmm... może ciężko powiedzieć paczkę, jak już, to one same, beze mnie. No ale powiem tak: trzymałam się przy nich i im nie przeszkadzała moja faza na punkcie SOLEIL. Poza tym znam je z przedszkola i jakoś tak się ich nie wstydzę, czasami z nimi pogadam, o szkole głównie. No i cóż, nie chodzi o to, że chciałam jakiś prezentów, ale byłam pewna po prostu, że będą pamiętały i życzenia mi złożą. Kiedyś składały. Niestety, całkowicie się pomyliłam.

Po powrocie do domu odpaliłam komputer. Zajrzałam na fejsa. Co zastałam? Oczywiście pełno wpisów na tablicy, typu: "Wszystkiego naj!", "100 lat", "Stówka"... Osoby, które znam tylko z widzenia i nawet nie mówimy sobie głupiego "cześć" na korytarzu, musiały dać znać ten jeden raz w roku. Była też wiadomość od koleżanki, którą długo znam i z którą raz na miesiąc/dwa się spotkam. Tylko że o urodzinach nic nie wspomniała, napisała jedynie, że wreszcie ma laptop i żebym wpadła za tydzień, to pogramy w jedną grę i pogadamy. Wieczorem pojawiły się też krótkie komentarze od tych dwóch, które zapomniały. Również od Pe., mojej dawnej przyjaciółki. Przypomniało mi się, jak rok temu przysłała mi prezent oraz pierwsza wysłała życzenia. Później na fb dostałam także wiadomość od tamtej koleżanki z mojej obecnej klasy.

Było mi smutno. Powiem Wam, że czułam się gorzej niż gdyby na fejsie nikt nic mi nie napisał. Po prostu znów widzę, ile znaczę dla innych, zwłaszcza dla tych, którzy powinni pamiętać.

Na szczęście nie wszystkim jestem całkiem obojętna. Od rodziców dostałam z rana kwiaty (skromnie, ale właściwy prezent dostałam przedwcześnie, miesiąc temu, a było to Pismo Święte). Przyszedł jeden es z życzeniami od koleżanki z forum fanów SOLEIL. Wieczorem przyszła do mnie Adzia, dawna przyjaciółka mojej siostry, a teraz trochę moja kumpela. Tylko ona od tygodnia pamiętała o urodzinach. Kiedy przyszła, wręczyła mi śliczną bransoletkę i kolczyki. Zamówiłyśmy pizzę, Adzia sama zaproponowała, że wegetariańską, ponieważ wie, że w piątki nie jem mięsa. Siedziałyśmy do 2:30, oglądając filmy i gadając.

Najpierw byłam smutna, lecz później zobaczyłam, że jednak jest ktoś, komu na mnie zależy (oczywiście poza rodziną). Z Adzią nie potrafię rozmawiać o głębszych sprawach, problemach. Może zbyt krótko ją znam, za rzadko się z nią spotykam, a może dlatego, że się boję, bo na zbyt wielu osobach się zawiodłam. Mimo to jednak czas razem fajnie spędzamy, poza tym widzę, że rzeczywiście mnie lubi. I w sumie cieszę się, że mam ją jedną. Ona mi wystarczy.

czwartek, 14 marca 2013

52. Habemus Papam!

Jorge Mario Bergoglio.
Nie mogłabym na tym blogu chociaż nie wspomnieć o nowym Papieżu. Niektórzy pewnie mają już dość tematu, o którym bezustannie trąbią media. Nie dziwię się, zwłaszcza że telewizji zazwyczaj nie chodzi o wyjątkowość wydarzenia, a po prostu o pożywienie się sensacją. Mimo wszystko akurat sprawa papieża jest dla mnie niezwykle przejmująca.

W oczekiwaniu na konklawe modliłam się, by nowy papież był wyjątkowy, miał dla mnie szczególne znaczenie. Wiecie, często jest tak, że dowiadujemy się o śmierci kogoś znanego, wielkiego, i niby to przeżywamy, chociaż w rzeczywistości wcześniej praktycznie nie słyszeliśmy o danej osobie. To samo tyczy się zwycięzców jakichś zawodów, różnych wyborów, m.in. właśnie papieża. Najpierw jest sraczka, sraczka wszędzie. ;-) Później jednak tylko nieliczni dokładnie śledzą poczynania Ojca Świętego czy też mogą pochwalić się znajomością chociażby jednej z jego książek, encyklik.

Ze mną nie było inaczej. Być może usprawiedliwia mnie nieco fakt, że w czasie wyboru Benedykta XVI byłam zaledwie dziewięciolatkom. Jednak chwilę przed ostatnimi feriami zimowymi zauważyłam, że ksiądz wpisał w dzienniku elektronicznym temat: "Benedykt XVI". Nie mieliśmy go na lekcji, ponieważ w rzeczywistości jesteśmy sporo do tyłu z programem, ale w papierach jakiś porządek musi być. W każdym razie wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że o panującym papieżu wiem tyle, że jest Niemcem. ;-) Nie wiedziałam nawet, jak naprawdę ma na imię. I pomyślałam sobie, że to strasznie głupio nic nie wiedzieć o Głowie Kościoła, w którego wiarę wyznaję. Mimo to temat ten szybko stracił moją uwagę.

Dopiero po powrocie do szkoły na religii mieliśmy temat abdykującego papieża. Tow pewnym stopniu przybliżyło mi jego postać. Zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać, po czym doszłam do wniosku, że bardzo bym chciała, aby nowy papież był dla mnie prawdziwie ważny. Bez udawania, bez tej sraczki, co po kilku dniach przechodzi. Chciałam, by on serio miał znaczenie w moim życiu.

Wczoraj niecierpliwie oczekiwałam pojawienia się kolejnego Następcy Św. Piotra. Aż wreszcie został przedstawiony i wyszedł na balkon Bazyliki. Muszę przyznać, że początkowo praktycznie nic nie czułam. Brak jakichś specjalnych emocji. Zastanawiałam się, dlaczego papież podszedł tak nieśmiało, a teraz stoi, w ciszy spoglądając na ludzi, zahaczając o granice pewnej nadmiernej sztywności. Ale zaraz tłumaczyłam sobie, że to prawdopodobnie jest dla niego niezwykłe przeżycie. Istotnie, nie wyobrażam sobie, co musiał czuć w tamtym momencie, jak wielką musi mieć odwagę oraz jaki strach mu towarzyszy. Zaczął mi nawet imponować ten jego spokój, opanowanie, wzruszenie w oczach. Po dłuższej chwili Ojciec Święty przemówił, następnie błogosławił lud. Wsłuchiwałam się w jego słowa, szukając w nich jakiejś wyjątkowości. Następnie papież skończył mówić, pożegnał się i wrócił do środka.

Wciąż rozmyślałam, zastanawiałam się nad swoimi uczuciami. W miarę tego w moim sercu powoli wzrastała radość. Usiadłam do komputera u celu znalezienia jakichś informacji o Jorge Bergoglio. Z każdą sekundą wyświetlały się kolejne hasła:

Argentyńczyk z Buenos Aires.
Pierwszy papież jezuita.
Pierwszy z Ameryki Łacińskiej oraz spoza Europy.
Zna hiszpański, włoski i niemiecki.
Jako biskup mieszkał w zwykłym mieszkaniu, sam sobie gotował, przemieszczał się autobusem.
Przyjął imię Franciszek, prawdopodobnie na cześć św. Franciszka z Asyżu lub też Franciszka jezuity.
Przeciwnik przepychu w Kościele.
Człowiek skromny, nieśmiały.
Przeciwnik aborcji, eutanazji, mówiący o potrzebie szacunku dla osób "doświadczających w sobie silnych tendencji homoseksualnych", jednak sprzeciwiający się adopcji dzieci przez pary lesbijskie i gejowskie.
Nader współczujący i pomagający ubogim.
Przeciwnik polityki wolnorynkowej.

Moja głowa pełna była myśli, wzruszenia, radości. Postanowiłam się z tym przespać. Natomiast dzisiaj rano, idąc do szkoły, nagle stwierdziłam, że nowy papież faktycznie jest dla mnie wyjątkowy. Nie przez tą liczbę informacji o nim, które odnalazłam. Po prostu w jednej chwili poczułam, że ten papież mnie zmieni. I poczułam się niesamowicie bezpiecznie.

sobota, 9 marca 2013

51. Znów wybory

Cześć Wam. Coś mnie tu ostatnio nie ma... I to nawet nie dlatego, że nie chcę. Po prostu... znów nie czuję tego bloga. Chociaż to trochę idiotyczne, ponieważ ostatnio co chwilę snuję jakieś wywody, zastanawiam się nad wieloma rzeczami, myślę o pewnych sprawach, moim stosunku do nich. Problem w tym, że kompletnie nie wychodzi mi przelanie moich rozważań na karty elektronicznego pamiętnika, jakim jest dla mnie Tchnienie Nadziei. Paradoks, chcę dużo opowiedzieć, a zwyczajnie tego nie potrafię. I chyba nawet wiem, z czego to wynika, lecz nie potrafię nic z tym zrobić.

Ale mniejsza z tym. Dziś ponudzę Was problemem, z jakim ostatnio się zmagam.

Przede mną stoi wybór, który prawdopodobnie ostatecznie zadecyduje o tym, na jakie studia będę mogła pójść. Chodzi tutaj oczywiście o wybór trzeciego przedmiotu rozszerzonego, co wynika z tej nowej reformy i panującego systemu. W mojej szkole bowiem dwa przedmioty mam narzucone profilem (są to geografia oraz matematyka), natomiast trzeci każdy wybiera sobie samodzielnie i będzie go realizował od drugiej klasy w grupach międzyoddziałowych, przy czym deklaracje musimy oddać do przyszłego piątku. I tutaj leży mój problem, gdyż języka niemieckiego nie mogę rozszerzyć z powodu zbyt małej liczby osób chętnych na ten przedmiot (musi być minimum 12 osób. Co w takim razie powinnam wziąć? Nie wiem. Za nic Wam ani nawet sobie nie powiem. Wczoraj zrobiłam sobie burzę mózgów (właściwie burzę mózgu mojego własnego). To znaczy przeglądałam w internecie kierunki studiów w celu odnalezienia ewentualnego powołania. Oto tych kilka, które przynajmniej w jakimś stopniu mnie zainteresowały:

Teologia - a śmiejcie się, ja tam bardzo chętnie poświęciłabym się rozważaniu Pisma Świętego. Ostatnio dostałam od rodziców przedwcześnie na urodziny całą Biblię. Do tej pory mieliśmy w domu tylko Nowy Testament (nie mam pojęcia, dlaczego), natomiast ja chciałam mieć również Stary, najlepiej wszystko razem w jednym egzemplarzu, takim tylko dla mnie. Obecnie codziennie czytam sobie jakiś fragment Ewangelii czy też pochodzący z innych ksiąg tekst. Jednak wracając do teologii, myślę, że do tego trzeba poczuć prawdziwe powołanie, nie sądzę, bym się nadawała. Nawet na katechetkę.

Filozofia - to by mogło być bardzo ciekawe, tylko, kurczę, jak zwykle wydaje mi się, że będę na to zbyt tępa.

Filologia germańska - o niemieckim myślę od dawna. Dochodzę do wniosku, że chciałabym studiować kulturę krajów niemieckojęzycznych, mimo iż pewnie będzie ciężko. Tylko że muszę jakimś sposobem przez te dwa lata sama się uczyć i przygotować do matury, chyba że znalazłabym dobrego korepetytora, ale to się wiąże ze sporymi kosztami. Z drugiej strony nie wiem, czy sama będę potrafiła się na tyle zmobilizować.

Architektura krajobrazu - ciekawa i nawet bym siebie w tym widziała, tylko że trzeba się pewnie zapisywać na jakieś kursy z rysunku, bez tego się raczej nie dostanę. A to drogie, poza tym tutaj jednak trzeba mieć duży talent.

Turystyka - turystyka jest fajna, chciałabym dużo podróżować jako przewodnik czy też pracować w jakimś biurze podróży. Tylko tu by się przydało perfekcyjnie umieć angielski, najlepiej mieć talent do języków...

Kulturoznawstwo, religioznawstwo - inne kultury i religie bardzo mnie ciekawią.

Nie wiem już, nie mam pojęcia, na co iść i jaki przedmiot mam teraz wybrać. Nie wiem, dlaczego podświadomie ciągnie mnie bardziej do kierunków humanistycznych. Z jednej strony czuję, że tam można nauczyć się myśleć, wyrażać swoje poglądy, precyzować je, zastanawiać się nad wieloma problemami. Ale ja się na te kierunki raczej nie nadaję, przecież moja umiejętność czytania to jest jakaś porażka, a na studiach humanistycznych lektur jest od groma. Ja powinnam pójść na coś ścisłego, gdyż przy niewielkim wysiłku matma nie jest dla mnie problemem, poza tym lubię rozwiązywać wszelkie zagadki i łamigłówki. Ale to mi się wydaje jakieś takie zbyt stałe, zbyt logiczne, nie ma tu miejsca na odczucia, na przemyślenia. Matma uczy przede wszystkim logiki, nie subiektywnych przemyśleń i formułowania poglądów.

Bez sensu, bez sensu. Co ja mam wybrać? Kierować się sercem czy rozumem?

W sumie jakoś się nie boję. Ostatnio mam chyba nazbyt optymistyczne podejście do życia. Nawet teraz, gdy po głębszym zastanowieniu przeraża mnie myśl o mojej przyszłości, to jednak jakoś to olewam, ignoruję i w sumie mam w sobie poczucie szczęścia. Wierzę, że Bóg mnie poprowadzi. Lecz coś trzeba w końcu wybrać. Pytanie: jak to zrobić, by nie żałować?

wtorek, 12 lutego 2013

50. Jubileusz + stronki językowe + Liebster Award

Pięćdziesiąt postów za mną. Poza tym przegapiłam rocznicę założenia bloga, która miała miejsce jakoś na początku stycznia. Po raz pierwszy coś takiego mi się zdarzyło. Mam oczywiście na myśli tak długie wytrwanie w pisaniu w jednym miejscu. Mój najdłuższy blog miał góra trzy miesiące, więc nie ma co porównywać.

Czy przygotowałam coś specjalnego na tę notkę? Oczywiście, że NIE! 50 to tylko liczba i osobiście nie widzę przełomowego momentu oddzielającego starsze wpisy od tego (już bardziej post 49 mógł być swego rodzaju otwarciem nowego rozdziału, gdyż wtedy rzeczywiście sporo zmieniło się we mnie, w moim podejściu itd.). Rażącej różnicy między notką nr 50 a np. nr 49, 38 czy 23 też nie dostrzegam. Tak więc chyba obejdzie się bez podsumowań, postanowień, hucznego świętowania.

***

Dzisiaj właściwie miałam tylko polecić kilka stronek, na które ostatnio natrafiłam. Mają one na celu przeważnie poprawienie Waszej znajomości języków obcych. Serdecznie zachęcam do zajrzenia tam, ponieważ według mnie są to adresy naprawdę godne uwagi. A więc:

www.tatoeba.org/pol/
Strona jest swego rodzaju grafem językowym. Znajdziecie tam przeróżne zdania we wszystkich możliwych językach świata, począwszy od angielskiego i niemieckiego, poprzez grecki, węgierski, albański, aż po jidysz, farerski, teochew i inne, o jakich nigdy w życiu prawdopodobnie nawet byście nie usłyszeli. Stronka całkowicie darmowa. Każdy może wpisywać własne zdania, np. po polsku, tłumaczyć je np. na niemiecki, po czym kolejna osoba dopisuje znaczenie węgierskie, a jeszcze inna japońskie, i tak dalej. Podobno nauka całych zdań to najlepsza metoda, dlatego uważam ten portal za bardzo wartościowy.

www.fiszkoteka.pl/
Nauka poprzez popularne fiszki. Możemy pobierać gotowe zestawy oraz tworzyć własne. Portal przeznaczony zarówno do nauki języków obcych, jak i zwyczajnych przedmiotów szkolnych typu: biologia, matematyka, historia, a także całkiem innych rzeczy, jak prawo jazdy - wszystko zależy od pomysłowości. Muszę przyznać, że strona ta jest bardzo komercyjna, wiele usług typu: specjalne kursy, brak limitów wymaga wykupienia konta premium. Jednak podstawowe funkcje są dostępne za free, także również zachęcam do przetestowania witryny.

www.lang-8.com/
Piszesz jakieś zdanie lub najlepiej  kilku/kilkunasto- zdaniową wypowiedź w języku, którego się uczysz, a native speakerzy lub osoby znające świetnie dany język poprawiają Twoje ewentualne błędy. I w drugą stronę: to Ty poprawiasz błędy obcokrajowcowi pragnącemu poznać Twój język. Bardzo polecam tę stronkę, można poćwiczyć pisanie pełnych wypowiedzi i zdań, co z pewnością jest ważne. Dodatkowo można złapać kontakt z ciekawym obcokrajowcem. ;-)

www.internetpolyglot.com/
Również ciekawa stronka służąca do nauki poprzez zabawę czy internetowe fiszki. Spora baza językowa. Polecam wypróbowanie.

Myślę, że korzystanie z tego typu stron niezmiernie pomaga w nauce języków obcych, pomaga nam szlifować swoje umiejętności. Także zachęcam do zajrzenia.

***

I to miało być wszystko, jednak dostałam nominację od

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" (i tutaj wielki znak zapytania - niby ja na to zasłużyłam!?). Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Grę tą wypatrzyłam już jakiś czas temu na kilku blogach, ale jakoś mnie do niej nie ciągnęło. Okej, jest to ciekawy sposób na dowiedzenie się czegoś o ulubionych blogerach, a także zdarzają się rzeczywiście intrygujące lub skłaniające do zastanowienia pytania. Jednak powiem szczerze, że nie chce mi się bawić w blogowe łańcuszki.
Dlatego też postanowiłam darować sobie udział w tej zabawie, przynajmniej do pewnego stopnia. Dobrze, odpowiem na pytania

środa, 30 stycznia 2013

49. Pan jest pasterzem moim!

Co do wegetarianizmu - ech, musiałam przestać. Nie dlatego, że nie chcę albo że roślinne jedzenie mi nie smakuje. Bardzo chcę być wegetarianką. Zaczęłam ograniczać mięso, jadłam je tylko na obiad co drugi dzień, bo coś jeść trzeba, a sama nie umiem gotować. Zerwałam całkowicie z szynką. Niestety, po półtora tygodnia czułam się zmęczona, a kiedy z rana zobaczyłam, że mój i tak płaski brzuch zrobił się wklęsły, stwierdziłam, że to nie tak miało wyglądać.

Obecnie staram się jeść mało mięsa, ale jednak trochę muszę. No i w piątki nie jem go wcale, połączyłam swoje chrześcijaństwo z małym wstępem do wege diety. Wierzę, że jeszcze kiedyś zostanę roślinożercą, ale to nie może być teraz z pewnej przyczyny, którą jest brak czasu. Ledwo wyrabiam się z nauką, jak mam wolny czas to odpoczywam, czytam, gram. Nie mam siły na staranne wybieranie w sklepie odpowiednich produktów oraz na naukę gotowania. Postanowiłam, że odłożę mój plan do wakacji. Kiedy już będzie luźniej, na nowo powoli spróbuję więcej czytać o wegetarianizmie, zacznę przygodę w kuchni. Teraz to nie ma sensu, jeśli nie mam czasu i robiłabym to niedokładnie, to jeszcze gorzej wpłynęłoby na mój organizm i szybko bym się wykończyła. Niemniej nadal zachęcam wszystkich do ograniczania zwierzęcych potraw.

***

W sumie od 1,5 godziny dwa razy piszę właściwą część notki. Najpierw ze szczegółami, potem bardziej ogólnie. Teraz stwierdziłam, że jednak nie, że to tylko moje i nie mogę Wam tego powiedzieć. Nie wiem, czy robię dobrze, bo przez to w nikim nie umocnię wiary. Ale trudno, może to nie moje zadanie, nie na tą chwilę. W każdym razie teraz wierzę w Boga, tak mocno, jak jeszcze nigdy przedtem. I jestem niewiarygodnie szczęśliwa, dzieją się cuda, spełniają się moje modlitwy. Już niczego nie potrzebuję, tylko tyle, by ten stan trwał na zawsze.

sobota, 12 stycznia 2013

48. To tylko zwierzęta

Ech, trochę się podniosłam, przynajmniej tymczasowo. I zaczęłam poważniej myśleć o jakiejś zmianie w sobie. Ściślej mówiąc, wybrałam wegetarianizm.

Postanowiłam: otwarcie zakomunikuję to rodzicom. Cóż, w końcu, trochę okrężną drogą, ale jednak powiedziałam, że przechodzę na roślinną dietę. Mamie nie za bardzo przypadł ten pomysł, lecz postaram się stopniowo ją przekonać. W końcu to nie tak, że przestałam całkiem jeść mięso, póki co po prostu staram się go ograniczać. Wyszukuję sobie różne przepisy w internecie, zapisałam się do akcji "Zostań wege na 30 dni!" <tutaj> i codziennie dostaję maile z nowymi jadłospisami, informacjami, itd. Naprawdę polecam, jeśli ktoś chciałby spróbować. Akcja jest całkowicie darmowa, podaje się tylko swojego maila.

Dlaczego akurat wegetarianizm? Uznałam, że na tym rzeczywiście mi zależy i że jest to wykonalne. Choć muszę uważać, przy wadze niespełna 40kg i wzroście 162cm trzeba pilnować diety. Ale wierzę, że dam radę. A poza tym, o ile nigdy wcześniej nie znałam żadnego wegetarianina, o tyle nagle po Nowym Roku zaznajomiłam się z dwiema wegetariankami (jedna chodzi do mojej klasy, druga do równoległej). Do tego w ostatnią środę, na lekcji poświęconej chowu (chowowi?) zwierząt oglądaliśmy drastyczny film dotyczący losu przemysłowych kurcząt. To, jak te pisklaki muszą się gnieździć po kilkaset w małej skrzyni, jak są traktowane i przerzucane niczym zwyczajne przedmioty, jak idą centralnie pod nóż, a ludzie patrzą na to bez żadnych emocji... Tego się nie da opisać. Na samą myśl robi mi się niedobrze, łzy ciekną po policzkach.

Chciałabym serdecznie Was zachęcić do spróbowania roślinnej diety. Ja doskonale wiem, że ciężko jest sobie wyobrazić całkowite odrzucenie ulubionej wędliny, mielonych babci czy hamburgera w McDonald's. Ale przecież to nie musi być tak wszystko naraz, można ograniczać stopniowo. Jeśli nie ze względu na zwierzęta, to może chociaż przez chęć zdrowszego odżywiania się, może zgubienia kilku kilo, może ktoś chce wspomóc ekologię. Każdy powód jest dobry. Ważne, żeby naprawdę chcieć jakoś zadziałać w tym kierunku.

"Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta."

-Theodor Adorno

poniedziałek, 31 grudnia 2012

47. Upadek

Boże, błagam Cię, potrzebuję wakacji...

***

Okej, skoro kończy się właśnie przedostatni dzień dwa tysiące dwunastego roku (NIE dwutysięcznego dwunastego roku, ludzie, błagam, ogarnijcie to w końcu, bo ten mały drobiazg dziwnie wkurza mnie ponad wszystko, szczególnie płynący z ust największej i najbardziej przemądrzałej kujonki mojej klasy oraz sorki od PP), więc przydałoby się napisać jakieś postanowienia, podsumowanie, coś w ten deseń. A nawet jak by się nie przydało, dzisiaj mam zły humor i szczególną ochotę ponarzekania na siebie. I prośba: jeśli po przeczytaniu posta będziecie mieli dla mnie jakąś choćby najmniejszą radę, błagam, napiszcie mi ją w komentarzu, bo coraz bardziej wymiękam!

Może zacznę od wypisania plusów i minusów, później przyjdzie czas na komentowanie. Najpierw plusy:
- spotkałam się 3 razy z SOLEIL
- spędziłam świetne dwa dni ferii na wsi u A.
- napisałam całkiem dobrze testy gimnazjalne
- przyjęłam sakrament bierzmowania
- udało się mieć pasek na koniec gimnazjum
- poduczyłam się niemieckiego w wakacje i nadal się uczę
- poesemesowałam chwilę z SOLEIL
- liceum, które wreszcie wybrałam, okazało się raczej dobrym wyborem
- pierwsza od dawna magiczna Wigilia spędzona u babci

Minusy:
- to, czego zawsze się boję - przez schlanego Ojca nie mogłam pojechać na spotkanie z SOLEIL
- przepadły mi dwie możliwości spotkania się z SOLEIL sam na sam: na wakacjach oraz na tydzień przed odwołany został JEJ występ w moim mieście
- przeczytałam tylko niewielki fragment Nowego Testamentu
- nieodwracalnie utraciłam jedyną przyjaciółkę - Pe.
- nie potrafię już zaufać i coraz bardziej boję się ludzi
- strasznie mało czytam
- od pół roku nic nie rysowałam
- Tata nadal pije, a ja nie mam odwagi spróbować Mu pomóc
- dalej nie wiem, co chcę robić w życiu
- nie mogę się ustatkować ze swoimi poglądami
- ciągle kłócę się z tym, co robię
- nie potrafię się zmienić i czuję do siebie wstręt
- mój angielski opada na bardzo niski poziom, walczę o dwóję na semestr

Tak ogółem sporo było dobrych momentów, takich z SOLEIL, które zapamiętam do końca życia. Jednak minusów też jest dużo. Zwłaszcza ta utrata Pe., nieumiejętność ponownego zaufania i strach przed ludźmi. Cholernie siebie nienawidzę. Przyglądam się swojemu życiu i nie potrafię zrozumieć w sobie wielu rzeczy. Jedzenie mięsa jest dla mnie bestwialstwem, a mimo to nie czuję w sobie aż takiej potrzeby przejścia na wegetarianizm, nie umiem tego zrobić. Kocham i wierzę w Boga, a mimo to nie potrafię bronić wiary w każdej sytuacji, nie robię zbyt wiele, by zbliżyć się do Pana. Naprawdę dostrzegam problemy dzieci Afryki, niepełnosprawnych czy bezdomnych ludzi, ekologii, a mimo to nie robię właściwie nic, by coś zmienić. Miałam przede wszystkim uczyć się niemieckiego, geografii i matmy, a jednak nadal uczę się całkiem dobrze prawie wszystkich przedmiotów i nie mam czasu na te trzy. Znów za chwilę myślę o tym, że chcę poszerzać swoją wiedzę o świecie , a mimo to często uczę się, żeby tylko zaliczyć sprawdzian. Wiem, że to wszystko pogmatwane, w każdym razie co chwila zmienia się mój stosunek do własnej edukacji. Nie potrafię pomóc Ojcu. Mimo iż strasznie przez Niego cierpię, nie umiem się ogarnąć, zbuntować, powiedzieć Mu, co myślę o Jego pijaństwie, namówić go na pójście do psychologa.

Czuję, że tak naprawdę nic w swoim życiu nie potrafię zmienić, że nie ma ono sensu. Naprawdę chciałabym potrafić pomagać, działać w słusznej sprawie, a także zająć się swoją pasją. Lecz jakoś nie mam na to siły, odwagi, nie wiem, nie umiem tego zrobić. Czytam blogi mądrych osób i zastanawiam się, dlaczego nie potrafię być taka, jak oni, dlaczego nie potrafię głośno wyrażać swoich poglądów i skupić się na własnym hobby, rozwijać go.

Powiecie, że jestem żałosna, leniwa, dwulicowa, bezwartościowa? Przysięgam, że ja doskonale o tym wiem, sama tak o sobie myślę. Szczerze nienawidzę się za to wszystko. Nie cierpię swojego życia, a jednak nie potrafię tego zmienić. Dlaczego? Dlaczego nie mam tej siły, woli walki?

Potrzebuję natychmiastowej pomocy, gdyż sama najwyraźniej nie potrafię się podnieść z tego jakże niskiego upadku. Proszę, niech ktoś mi pomoże...

***

Boże, błagam Cię, potrzebuję wakacji od własnego życia.

sobota, 29 grudnia 2012

46. "Jako jednostka świata nie zmienimy..."

Wczoraj w nocy (w sumie to dzisiaj już było) przed zaśnięciem czytałam sobie pewien wywiad z Kamilem Bednarkiem dla gazety "Cogito" (nr 414). Czytam. czytam. Myślę: 'Nie głupio mówi". Aż wreszcie doszłam do takiego jednego pytania dziennikarza. Fragment rozmowy pozwolę sobie zacytować:

- Muzyka reggae zawiera element rewolucji. Czy według Ciebie żyjemy w Babilonie? Jest z czym walczyć?
- Ja zawsze uciekałem od polityki, nie interesowało mnie to. Ludzie, którzy np. są publicznie wrogami, w rzeczywistości przybijają sobie piątkę. Tak naprawdę my, jako jednostka, świata nie zmienimy. Musimy się skupiać na własnym szczęściu.
- A nie wolisz być tą kropelką, która drąży skałę?
- Spełnianie własnych marzeń, to jest ta kropelka. System nie będzie miał wpływu na to, czy będziemy szczęśliwi, czy nie. Lepiej zająć się wewnętrzną rewolucją.


Zaczęłam rozkminiać. Fakt, polscy politycy to w większości dno. Poza tym, że wszyscy chcą się tylko "nachapać", zdobyć jak najwięcej dla siebie, to jeszcze dodatkowo wielu jest nielojalnych, niestałych w swoich pierwotnych założeniach. Często zmieniają front, zmianie ulegają ich główne cele, wartości, poglądy. Uważam to za totalną porażkę. Oczywiście, ludzie się zmieniają, np. w wyniku różnych przeżyć, doświadczeń odmienia się nasze zdanie na dany temat. Jednak w polityce jest to raczej spowodowane chęcią większego zysku, większego poparcia. I to już nie jest okej. I nie mogę szanować takich ludzi.

Dlatego też nie dziwię się osobom, które z polityką nie chcą mieć nic wspólnego. Mnie samą (choć uważam, że patriotycznie powinno się wiedzieć, co się dzieje w ojczystym kraju, w którym do tego się żyje) zazwyczaj nudzą telewizyjne wiadomości, programy o polityce, gdyż aż żal mi komentować te głupoty, które są tam wygadywane. Mimo to mamy chyba jednak obowiązek co nieco orientować się w tym wszystkim. W innym wypadku niestosownie jest wyrażać swoje niezadowolenie i krytykować działań innych, czyż nie?

Jednak czy "jako jednostka świata nie zmienimy"? Faktycznie jeden człowiek raczej nie przekona naraz całego tłumu, zwłaszcza ogłupionego przez system. Ale jednostka może indywidualnie przekonać drugiego, może trzech, może dziesięciu znajomych. Z kolei oni przekonają następnych. I tak dalej, i tak dalej, aż tych ludzi uzbiera się spora gromadka. Taka grupka dalej może rozmawiać i już coś większego zdziałać. Może świata faktycznie nie zmieni, ale chociaż jego niewielki fragment wokół siebie, może doda swoją cegiełkę do muru. Myślę, że tylko leń, egoista lub pesymista w to nie uwierzy.

Skupić się na własnym szczęściu? Czy to nie jest egoistyczne? Prawda, nie zawsze. Być może będąc szczęśliwym w realizowaniu swoich marzeń, optymizmem zarazimy innych, którzy tez wezmą się za siebie, zaczną coś dla siebie robić. I świat będzie piękniejszy.

Ale czy nie lepiej byłoby pomyśleć bezpośrednio o innych? Przecież w Polsce jest mnóstwo takich horrendalnych sytuacji, kiedy to brakuje pieniędzy na leczenie śmiertelnej choroby, na pensje dla ciężko pracujących obywateli, na dofinansowanie na dzieci z patologicznych rodzin, na pomoc bezdomnym, biedniejszym czy wiele innych. Wymieniać można by długo. Faktem jest, że nasze podatki idą na, delikatnie mówiąc, niewłaściwe cele. Okej, zgadzam się, że nie łatwo jest samemu coś z tym zrobić, ale czy to jest powód, by się poddać i uznać swoje własne szczęście za ważniejsze? Nie można chociaż pomagać w wolontariacie, przeznaczać jakieś drobne sumy na akcje charytatywne, brać udziału w strajkach, manifestacjach, ulicznych kwestach?

A co, jeśli nie mam racji? "Lepiej zająć się wewnętrzną rewolucją" - może to rzeczywiście ma jakiś sens... W końcu zanim zaczniemy krytykować ludzi, najpierw powinniśmy zastanowić się nad sobą. Chcąc naprawić świat, w pierwszej kolejności spójrzmy na siebie. Być może to my sami potrzebujemy przemiany, jakiejś metamorfozy lub pracy nad kilkoma swoimi wadami. Kiedy już dostrzeżemy w sobie problemy, zwalczymy je, staniemy się lepsi, co przyniesie nam szczęście. A będąc szczęśliwymi, staniemy się też silniejsi. Czy wówczas nasze możliwości ratowania ludzkości nie okażą się znacznie większe?

Sama już nie wiem, co o tym wszystkim myślę. Zaplątana w wewnętrzny konflikt, nie potrafię jednogłośnie zgodzić się lub nie zgodzić z Kamilem Bednarkiem.

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

45. Wieder

Hip hip hura! Ura Omote wróciła!!! - tsaa, marzenie...

Więc jestem. Dalej żyję, co jest aż dziwne, biorąc pod uwagę liczbę zemdleń w grudniu.

Stan fizyczny:
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się wysypiałam, mimo iż w czasie roku szkolnego śpię o jakąś godzinę dłużej niż obecnie, w czasie przerwy świątecznej. Zapewne chodzi o naukę. Sprostuj, o przymusową naukę z tykającym nad głową zegarkiem.

Stan psychiczny: W sumie cieszę się, uśmiecham. Nie powiem: "Jestem szczęśliwa", ale jest w miarę dobrze. W końcu wreszcie miałam całkiem udaną Wigilię, to nowość, do której dążyłam od paru ładnych lat. Ale mój mózg rąbie mi logiczne myślenie. Popadłam w paniczny strach przed omdleniami, nazbyt szerokim łukiem omijam wszystko, co może spowodować u mnie kolejną utratę przytomności. I nie chcę o tym więcej mówić, myśleć ani pisać (o dziwo, chyba zwłaszcza pisać; pisanie wyzwala zbyt wiele emocji).

Co mnie tu na nowo przywlokło? A no nie wiem. Po prosu, jakaś wewnętrzna potrzeba, chęć, może wolna chwila albo faza na zrobienie nowego szablonu. Ile tu pociągnę? Nie mam pojęcia. Uprzedzam w każdym razie, że nowe notki nie będą szczególnie częste. O ile w ogóle będą.

Póki co tyle.

Aha, polecam pewną stronę, którą ostatnio odkryłam. Że tak powiem: "Loffciam ją" (O Boże...). To coś, czego od dawna poszukiwałam. Sporo tam naprawdę ciekawych, inspirujących pomysłów. Moją ulubioną jest zakładka DIY / Handmade. Jej adres:

>>> www.zszywka.pl <<<

Soł, gud baj.

_______________________
* Wieder - z niemieckiego "znów".

sobota, 10 listopada 2012

44. Pauza, a może kropka?

     Niestety muszę oznajmić, że odchodzę. Na zawsze czy na jak długo, tego sama nie wiem. Po prostu doszłam do wniosku, że blogowanie jakoś nie jest dla mnie. Ciągle albo mam nowy ciekawy temat, ale jakoś nie potrafię się zebrać do napisania, aż w końcu, gdy się udaje, wena mnie opuszcza; albo znów chcę coś napisać, ale po otwarciu okna nowego posta nic ciekawego do głowy mi nie wpada.

    Oczywiście wiem - mój blog, moja sprawa, a to, co tu piszę, nie musi być nikogo zadowalać. Ale jeśli nie zadowala nawet mnie, to takie "wypocinki" nie mają większego sensu. Tak więc chyba swoje skrywane przemyślenia pozostawię dla siebie i dla swojego pamiętnika, gdzie uzewnętrznianie się wychodzi mi znacznie lepiej. Być może kiedyś nauczę się wygłaszać je na głos.

     Myślę, że na Wasze blogi będę czasem zaglądać, komentować, bo lubię je czytać, czytać Wasze refleksje. Także prawdopodobnie się nie rozstajemy. I oczywiście można do mnie pisać, najlepiej na GG, chociaż tam ostatnio też rzadko wchodzę.

     To by było na tyle. Może kiedyś wrócę, gdyż jestem bardzo zmienną osobą. Trzymajcie się!

piątek, 5 października 2012

43. Bańka prysła

     Moje wizje są jednak prorocze. Może nie spełniają się dosłownie, ale główny sens jest ten sam. Pamiętacie, jak kiedyś, siedząc sobie w wannie, wyobraziłam sobie, że piszę do SOLEIL z pytaniem o JEJ występ, a ONA mi odpisała, że wtedy nie będzie itd.? Dzisiaj zostałam poinformowana przez właścicieli lokalu, w którym rzecz miała się odbyć, że wydarzenie zostało odwołane przez jakąś tam agencję. SOLEIL nie przyjedzie. Nie zobaczę się z NIĄ, nie porozmawiam, nie przytulę, nie dam JEJ mojego rysunku. Czekałam na ten moment od marca, by właśnie teraz, gdy zostało już tylko 15 dni, dowiedzieć się, że to wszystko na marne. Serce na chwilę stanęło, ręce zlodowaciały. Co za ironia, akurat teraz, kiedy w domu mam ogromne piekło, ostatnia nadzieja gaśnie.
     Zgasła. Nie ma już nadziei.

środa, 26 września 2012

42. Pierwsza pałka w liceum

     Historia lubi się powtarzać. Dzisiaj zarwałam moją pierwszą jedynkę w liceum. Z czego? Oczywiście z chemii, u mojej byłem nauczycielki.

     Nic się wczoraj nie nauczyłam - po prostu nie zdążyłam. To znaczy jakbym zaczęła się uczyć o 15, a nie o 16, to dzisiejsza sytuacja nie miałaby miejsca. Ale nie będę zakuwała od razu po powrocie ze szkoły, już i tak dość życia na nią tracę. Ale nie ważne, w każdym razie musiałam jeszcze odrobić matmę, nauczyć się polskiego, geografii (bo kartkówka) i historii, z której postanowiłam się zgłosić. Uznałam, że skoro jest 35 osób w klasie, a to pierwsza lekcja, na której pani będzie pytać, to padnie na kogoś innego. Niestety, pół klasy zgłosiło nieprzygotowanie. Ja się powstrzymałam, bo mamy tylko jedno na semestr, głupio je już stracić. Jednak nauczycielka spytała aż siedem osób (w tym oczywiście mnie ostatnią - chciała wziąć kogoś, kto coś umie i się zawiodła ;-D). I jednocześnie wystawiła siedem pał. No nie powiem, wysoki poziom nasza klasa prezentuje.

     Potem była historia, na której z odpowiedzi dostałam 4+ (zapomniałam, na czym polegał Marsz na Rzym). Ale jestem zadowolona. I to z obu ocen! :-)

     Jak wspomniałam na początku, historia lubi się powtarzać. Otóż kiedyś w gimnazjum miałam prawie identyczną sytuację: też długo zakuwałam, żeby zgłosić się do odpowiedzi, tylko że z biologii. I oczywiście też nie zdążyłam poczytać chemii, z której w efekcie otrzymałam jedyneczkę. Tylko że wtedy bardzo się tym przejęłam, nawet siadając do ławki, powstrzymywałam zbierające się w kącikach oczu łzy. Jeny, jaka ja byłam nieogarnięta, żeby tak się przejmować. A z biologii w końcu pani mnie nie spytała, nie chciała brać ochotników.

     Tym razem od początku zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli mnie spyta z chemii, to będzie gwarantowana jedynka. A gdy szłam do odpowiedzi oraz gdy wracałam spod tablicy, szeroko i niewymuszenie się uśmiechałam, myśląc o moim pechu. I jestem dziś zadowolona z siebie. Bardzo się cieszę, że już nie przejmuję się ocenami niedostatecznymi. Chyba mój plan dotyczący olania przedmiotów, których nie będę zdawała na maturze, by mieć czas na te maturalne, jednak nie okaże się taką klęską. Teraz pozostaje tylko przetłumaczyć to Mamie. ;-)

wtorek, 25 września 2012

41. Mylne słowa innych

     Kurde, uwielbiam swoją babkę od angielskiego. Wcześniej sporo słyszałam, że jest dość wredna, a moje obawy dodatkowo potwierdzał fakt, że jest ona przyjaciółką mojej byłej, niekoniecznie fajnej nauczycielki tego języka. Na szczęście znów przekonałam się, że nie warto słuchać ludzi w sprawach oceniania kogoś. Trzeba go najpierw poznać.

     Ta pani jest wymagająca: kartkówki na 50 słówek, długie wypracowania. I to pewnie był główny powód tych wszystkich plotek na jej temat. Choć jak dla mnie zalicza się to do plusów. Ale wydaje się też być mądrą osobą. Uważa, że młodzież jest coraz głupsza i niewychowana (zaznaczyła, że chodzi o ogół). Pokazuje nam, jakie śmieszne błędy popełniamy na maturze, tłumaczy, co zrobić, żeby lepiej zdać. A do tego nie prowadzi sztywnej, szablonowej lekcji. Sporo rozmawiamy, ostatnio np. o tak zwanych "hejterach" (o ile dobrze rozumiem sens tego słowa). W każdym razie o typkach, którzy, pisząc chamskie komentarze, próbują się wyładować i dowartościować, o takich, którzy robią to z nudów, którzy specjalnie spamują, oceniają innych, choć to ich prywatne życie itd. To a propos tekstu z podręcznika. Niezła konwersacja nam się nawiązała.

     Niech sobie mówią, co chcą, ja tam lubię moją nauczycielkę.

***

     W szkole się rozkręcają. Póki co daję radę, ale zastanawiam się, jak to będzie od października, kiedy 2 razy w tygodniu będę przeznaczała po 2h na dodatkowy niemiecki. No cóż, mam swoje priorytety i ewentualnie skończę z dwójami z biologii, chemii czy fizyki.

***

     Ciężko jest. Ojciec wieczorami jak zwykle ma jakieś swoje "wąty", przez co często nie mogę skupić się na nauce, bo myślę tylko o tym, jak powstrzymać łzy. A świadomość, że nie mam już zaufanej osoby, do której w każdej chwili mogę wysłać eska, dodatkowo mnie przytłacza. Pe odpisała na mój monolog w kilku punktach. We wszystkich zaprzeczała, m.in. że pociąg naprawdę jej się opóźnił itp. Tylko w ostatnim przyznała, że "No fakt, uznałam, że wolę cały ten weekend spędzić z nimi". Serce na chwilę stanęło, by po pęknąć z ucisku. Odpowiedziałam Pe, że dziękuję za szczerość. Od kilku dni nie mamy kontaktu.

niedziela, 16 września 2012

40. Jeden dzień

     Co tu dużo mówić. Nie było fajnie, było zarąbiście!!! Sam początek słaby, ale później się rozkręciło, znalazła się SOLEIL, a potem nawet poszłyśmy wszystkie razem na kawę. Z początku nie sądziłam, że to może być aż tak udany dzień, ciągle wydawało mi się, że za wiele się nie uda, że nie będzie czasu, a z NIĄ zamienimy tylko kilka słów. A tu szok! Nie wiem, czy nie było to do tej pory najlepsze spotkanie ze wszystkich.

     Nie będę opowiadała nic dokładniej, bo to jest po prostu nasze. Ten dzień, ten czas, te rozmowy. Tak, rozmowy, wreszcie się przełamałam i udało mi się gadać dość normalnie z dziewczynami i z NIĄ. I był kontakt wzrokowy, były momenty, gdy patrzyła prosto w moje oczy (które, nawiasem mówiąc, ciągle uciekały, gdyż nie potrafiły wytrzymać dłużej niż przez sekundę tego magnetycznego spojrzenia). A za 35 nocy znów się spotkamy. Wreszcie się potwierdziło, już tak na 100% przyjedzie tu, w szufladzie trzymam świeże bilety!

     Niestety nie wszystko udało się tak fantastycznie. Pe mocno mnie zraniła, wbiła ten cały tępy nóż, a może wręcz topór, w plecy. Nie przyjechała, nie było jej dziś. Wczoraj i w czwartek jeszcze wierzyłam, że faktycznie coś jej wypadło, niewielkie wątpliwości się pojawiły, ale jednak jej ufałam. A dziś... wystawiła nas. Wystawiła szczególnie mnie, bo przecież miała wczoraj u mnie nocować, a poza tym we dwie od dłuższego czasu trzymałyśmy się razem. Tymczasem ona dziś napisała, że ma opóźnienie pociągu, następnie wcale nie odbierała telefonu, później odpisała, że już nie dotrze, bo nie zdąży potem wrócić, i że siedzi akurat z dwiema koleżankami gdzieś w fast foodzie. Trzy godziny później jeszcze spytała, czy w końcu spotkałyśmy się z SOLEIL i wspomniała, że idzie ze znajomymi na dworzec. Dodatkowo wczoraj pogrążyła się na facebook'u, pisząc na tablicy, że nie może się doczekać soboty, kiedy spotka się z nimi, o nas nic nie wspomniała.

     Uważam, że postąpiła chamsko. Szczególnie, że wiedziała, jak bardzo zależy mi, żeby była. Myślałam, że rozumie, w jak trudnej dla mnie sytuacji jestem i jak bardzo potrzebuję tej chwili oderwania. Może to zabrzmiało tutaj egoistycznie, ale przyznacie chyba, że nie wystawia się tak kogoś, kogo nie widziało się ponad rok, a do tego ten rok bardzo nas do siebie zbliżył i sądziłam, że obie za sobą tęsknimy. Chciałabym wierzyć, że to faktycznie nieporozumienie, ale naprawdę nie wiem, co musiałaby mi powiedzieć, żebym mogła to zrozumieć. Niemniej jednak spróbuję z nią pogadać jutro czy w najbliższym czasie. Powiem jej, co o tym myślę, jak się poczułam, jak cierpiałam. Uważam, że co jak co, ale nigdy nie można tak po prostu przestać się do siebie odzywać, nie dając sobie szansy na wyjaśnienia. A jak marne one będą (o ile w ogóle), to już inna sprawa.

     Kiedy wróciłam dziś do domu i poszłam się kąpać, byłam najszczęśliwsza na świecie. Później zaczęłam myśleć o Pe, łączyć fakty i zrobiło mi się smutno. Ale postanowiłam, że nie będę o niej myślała, że nie zepsuje mi tego dnia. Wkurzyła mnie i nie mam zamiaru przez nią płakać. Mam SOLEIL, mam dziewczyny, których świetnie się słucha, a nawet z nimi gada. To dzisiaj było dla mnie najważniejsze, nie kolejne utracone zaufanie.

piątek, 14 września 2012

39. Jestem licealistką! Ale czy to coś zmienia?

     Dupa, dupa, dupa! Oczywiście jak zwykle wszystko się poplątało. Choć tak naprawdę właściwie to najważniejsze powinno przebiec z zmian, ale mam stracha, że i to się rozwali.

     Dzisiaj miała do mnie przyjechać Pe. Chyba o tym wspomniałam w ostatnim poście. Wszystko było zaplanowane: jej przyjazd, potem miałyśmy połazić po mieście, a w nocy wspominać, oglądając filmy ze spotkani z SOLEIL. A jutro Warszawa, kolejne spotkanie, znaczy takie pół-spotkanie. Niestety, jak już wyżej powiedziałam (nawiasem mówiąc, bardzo dosadnie i emm... ładnym językiem), dupa! Pe. nie przyjechała, wczoraj mnie poinformowała, że nie da rady, bo coś tam jej wypadło. Nie jestem na nią zła, to przecież niezależne od niej. Tylko już od rana miałam jakieś dziwne przeczucie, że coś pójdzie nie tak, że coś się stanie. No i stało, a właściwie nie stało się, czego efektem jest, że siedzę teraz samotnie w domu.

     Do tego Tata, mimo iż ostatnio znalazł nową sezonową pracę, oczywiście po powrocie musiał sobie wypić, rozprawiając o tym, jaki to on spracowany! W rezultacie o 23:00 szybko zgasiłam światło i dławiąc się własnymi łzami, próbowałam zastygnąć w bezruchu, by Ojciec nie zauważył, że nie śpię i nie przyszedł do mnie truć tych swoich głupot. Na szczęście nie przyszedł, po nawrzucaniu Młodej zamknął się u siebie.

     Nowa klasa. W sumie nie jest źle. Ci, co chcą, chodzą sobie na te spotkania z piwem i wódką. Ja tam po prostu nie przychodzę. Nikt do tej pory nie czepiał się mnie z tego powodu, mam nadzieję, że to się nie już zmieni. Jest kilka dziewczyn, z którymi ewentualnie mogę zamienić kilka słów na przerwie. Inna sprawa, że zazwyczaj stoję przy nich jak głupia, bo nie potrafię zacząć rozmowy i powiedzieć czegokolwiek na jakikolwiek temat. No cóż, zostają jeszcze pytania typu: "Co mamy potem?" lub "W jakiej sali?". To i tak dobrze. Może za pół roku nieco się rozkręcę i przejdę do "Co tam słychać?".

     A, zapisuję się na dodatkowy niemiecki. Właściwie już zapisałam, tylko muszę jeszcze iść w poniedziałek na test ustny, żeby mnie przydzielili do odpowiedniej grupy. Postanowiłam, że biorę się za to na poważnie. Po każdej lekcji w szkole odrabiam wszystkie zadania, słucham sobie drugi raz nagrań, a prace pisemne (jak np. ostatnio opis dnia) staram się urozmaicać. Puki co uczę się wszystkich przedmiotów, ale jak już się rozkręci, chcę przykuć uwagę do niemieckiego i kilku innych, które planuję zdawać na egzaminie dojrzałości. Nie ma sensu skupiać się na biologii czy chemii. Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo szczerze mówiąc, nigdy tak nie robiłam.

     Błagam, niech jutro wszystko się uda. Muszę zobaczyć dziewczyny i SOLEIL, popatrzeć na NIĄ z bliska, posłuchać JEJ kojącego głosu, bo zwariuję. Ostatnio doszłam do wniosku, że moja psychika jest lekko zryta. Nie wiem dokładnie, przez co. Pewnie przez wszystko po trochu: przez Ojca, brak kontaktu ze szkolnym towarzystwem, brak zwyczajnego, szczerego przytulania, ta nadmierna nauka wyniszczająca mój mózg, no i oczywiście ta cholerna tęsknota. Niby trochę się zmieniło, czy nawet polepszyło, to całe liceum, ten plan na 3 lata. Ale tak naprawdę nadal jest to samo. Moje życie wciąż składa się z odcinków czasu "od spotkania do spotkania". Ewentualnie od jakiegokolwiek kontaktu z NIĄ. To męczące, uzależniające, często bardzo bolące... ale i tak nie zamieniłabym tego na nic innego. Bez SOLEIL już dawno bym wybuchła i stworzyła dodatkowy, jeszcze jeden problem dla moich Rodziców. Nie chcę tego. Chcę tylko czasem JĄ zobaczyć... Pewnie się powtarzam albo ciągle chrzanię dość podobne, w gruncie rzeczy polegające na tym samym pierdoły na temat mojej horrendalnej samotności. Sorry.

niedziela, 2 września 2012

38. Po dwóch miesiącach

     Dzisiaj chciałabym podsumować swoje wakacje. Może w punktach.

1. Niemiecki - Udało się! Uczyłam się naprawdę sporo, zrobiłam prawie cały samouczek (zostały mi dwie lekcje). Szczerze mówiąc, to trochę naiwnie wierzyłam, że skończę tak z 10 dni przed rozpoczęciem roku, no ale nie oszukujmy się - ciężko było zmusić się do nauki na wyjeździe nad morze czy na wsi u babci. Jednak jestem z siebie bardzo dumna, że w połowie sierpnia, gdy zostało mi jakieś 20 lekcji, nie poddałam się, twierdząc, że pewnie i tak się nie uda. Nie pisze tu tego, żeby się czymś chwalić. Po prostu chcę widzieć sens tej nauki i mieć do niej dalszą motywację.

2. Bieganie - Tu było gorzej, ale i tak lepiej, niż w zeszłym roku. Przez jakieś 20 wieczorów lipca biegałam po około pół godziny. Po powrocie z wyjazdu na początku sierpnia chęć do joggingu jakoś mnie opuściła.

3. Czytanie - Tutaj totalna porażka. Przeczytałam zaledwie 1,5 książki (tej drugiej nie chciało mi się kończyć, była zbyt nudna jak na mój gust). Teraz przyjdzie liceum i z wiadomą mi ilością lektur, jakie mnie czekają, raczej nie będzie czasu na wybrane przez siebie pozycje.

4. Rysowanie - Też słabo, zrobiłam tylko jeden rysunek dla SOLEIL, który mam nadzieję dać jej w październiku. Ale ten punkt akurat nie był jakoś szczególnie planowany przeze mnie w czerwcu.

     Ogółem oceniam swoje dokonania naprawdę wysoko. To znaczy, może patrząc na powyższy spis nie wygląda to aż tak dobrze, lecz w zeszłym roku po raz pierwszy miałam podobne plany i wtedy praktycznie nic nie zrobiłam. Tak więc z perspektywy czasu jestem dużo do przodu. Może za rok będzie jeszcze lepiej ;-)

     Czy odpoczęłam w ciągu minionych dwóch miesięcy? Raczej tak. Czuję się znacznie lepiej, niż dwanaście miesięcy temu, gdy wracałam do szkoły z poczuciem porażki, oraz niż po wcześniejszych wakacjach, gdy powracałam z poczuciem, że tak naprawdę nic fajnego nie zrobiłam. Tym razem się uczyłam i biegałam, ale też odpoczywałam, czasem gdzieś wyszłam, poczytałam gazetę, pograłam na kompie, poleżałam bezczynnie. Znów za dużo myślałam o wszystkim, ale od tego chyba nie ucieknę, taka moja natura, moje mniejsze i większe troski i zmartwienia. Czasem muszę sobie popłakać, nawet jeśli bez większego powodu. Przychodzą chwile, że nie doceniam tego, co mam. Przykre, ale tak jest.

***

     Teraz na trochę inny temat. Przez ostatni czas sporo się pozmieniało między mną i SOLEIL. To znaczy nie to, co do NIEJ "czuję". Najpierw byłam szczęśliwa, że będzie w moim mieście w październiku. Potem zaczęłam się martwić, że to jednak pomyłka; że nie przyjedzie. A były to jak najbardziej uzasadnione obawy, nie tylko moje chore wymysły. Następnie pojawiła się na horyzoncie nowa szansa na spotkanie, którą planuję oczywiście wykorzystać... i to nie sama, bo Pe. przyjedzie do mnie we wrześniu, a potem razem ruszamy na podbój Warszawy. ;-) Natomiast dosłownie kilka dni temu, gdy nadzieja już prawie umarła, okazało się, że SOLEIL jednak przyjedzie w październiku. Jestem z tego powodu tak szczęśliwa! <3 br="br">     No i proszę, zamiast jednego spotkania, będą aż dwa. Życie potrafi tak pozytywnie nas zaskakiwać. :-)

***

     PS Nie dodaję już "nuty na dziś", obecnie próbuję ustawić na blogu playlistę, będzie chyba wygodniejsza. Ale to tylko takie małe info.

wtorek, 28 sierpnia 2012

37. STOP!

     Znów muszę coś zmienić na blogu. Stwierdziłam, że nie ma sensu silić się i napinać, pisząc każdą kolejną notkę w nadziei, że będzie ona rzeczywiście dobra, że poruszę trudy temat. Nie umiem używać górnolotnych zwrotów, pobudzając w ludziach emocje i uczucia. Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć prosto w twarz. I zaakceptować to.

     Od teraz piszę tu całkowicie dla siebie. Chaotycznie, bo taki jest mój świat. Bez poddawania się ocenom - już dawno uważałam, że nie ma to zbyt wielkiego sensu. Od teraz piszę z serca, co mi ślina na język przyniesie. Ze wszelkimi błędami składniowymi, logicznymi i jakie tam jeszcze. No, może prócz ortograficznych, bo te akurat już w trakcie pisania dają się we znaki (i dobrze! najlepszym sposobem jest nauka na własnych błędach). Nie obchodzi mnie, komu się to podoba, a komu nie. Od teraz przynajmniej tutaj w 100% będę sobą. Teoretycznie już podczas zakładania tego bloga planowałam się tego mocno trzymać. Niestety nie do końca się udało.

     Postanowiłam też zmienić szablon. Obecny bardzo mi się podoba, lecz świadomość, że identyczny mogą posiadać setki osób, automatycznie mnie odstrasza. Nie chcę być jak inni. Nie umiem. Nawet w tak błahej sprawie. Nowy szablon, który zawita tu w najbliższym czasie, prawdopodobnie nie będzie zbyt profesjonalny czy dobry jakościowo. Ale będzie mój.

     Na dziś to wszystko. Niewiele. Czy to źle, czy dobrze? Od teraz to moja sprawa.

sobota, 18 sierpnia 2012

36. Ambitna klasa

     Dzisiaj byłam na spotkaniu mojej nowej klasy. Nie wszyscy przyszli, ale i tak już wiem, że czekają mnie ciężkie 3 lata...

     Szczerze mówiąc, myślałam, że ludzie w liceum są już poważniejsi, zastanawiają się trochę nad swoją przyszłością. Naiwnie wierzyłam, że jednak pójdziemy na tą pizzę i ewentualnie dopiero później bardziej imprezująca część towarzystwa ruszy na piwo, a ja z resztą się rozejdziemy. Pomyliłam się. Spod umówionego miejsca dwie osoby od razu wbiły do sklepu po alkohol. Następnie poszliśmy nad jakiś staw, gdzie rozsiedliśmy się na trawie i zaczęły się rozmowy. Tych niepijących, prócz mnie, były jeszcze 4 dziewczyny. Z jedną z nich, którą znałam ze wspólnych zajęć w-f'u, wyszłyśmy pierwsze, po godzinie, kiedy miałyśmy (przynajmniej ja miałam) dosyć słuchania o tym, kto kogo rucha...

     Zastanawiam się, jaki tacy ludzie mają cel w życiu. Nie zabraniam nikomu się bawić, ale chyba trzeba mieć jakiś umiar. A z tego, czego dziś się dowiedziałam, oni raczej nie przykładają się do nauki. Jaki jest ich pomysł na siebie? Przecież będą musieli kiedyś zarabiać, być odpowiedzialni, bo niby za co chcą się utrzymywać? Ich to kompletnie nie obchodzi, liczy się tylko alkohol, pety, znajomi.

     Chciałabym umieć jakoś pomóc takim ludziom. Jakoś wyprowadzać ich z ciemności. Ale jak to zrobić? Co ja tu mogę? Co najwyżej modlić się za nich. A moje marzenia o przyjaźni? Cóż, po raz kolejny oddaliły się o tysiące kilometrów. Kolejna nadzieja powoli traci blask.

____________
<nuta na dziś>

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

35. Wydatki szkolne

     Udałam się dzisiaj po podręczniki szkolne. Jako rocznik 96, ten felerny, rozpoczynający nową podstawę programową, co roku wszystkie książki muszę mieć nowe, pachnące, świeżo wydrukowane. Są one przejrzyste, zawierają mnóstwo kolorowych fotografii, gadżetów w postaci dodatkowych płyt z ćwiczeniami, których, nawiasem mówiąc, nikt nigdy nie robi; jakichś tabelek, wykresów i innych pierdół. Oczywiście za takie luksusy trzeba sporo zapłacić. Średnio około 30zł za podręcznik, niekiedy z ćwiczeniami czy kartami pracy, na rozwiązywanie których na lekcjach i tak nie znajdzie się czasu.

     Za dzisiejszy zakup zapłaciłam jakieś 330zł. Wciąż brakuje mi kilku pozycji, m.in. książek do:
- matematyki (z powodu niejasnej informacji na wykazie),
- j. polskiego (tak jak powyżej),
- j. angielskiego (informacja na początku roku szkolnego),
- fizyki (publikacji jeszcze nie wydrukowano),
- religii (przynajmniej tą niezmiennie mogę kupić na murku),
- przedsiębiorczości (niewydrukowane),
- informatyki (licho wie, czy choć raz bym z niej skorzystała).

     Czyli tak naprawdę trochę mi jeszcze brakuje. Dodatkowo we wrześniu zapewne okaże się, że któryś z szanownych nauczycieli w czasie wakacji zmienił zdanie w sprawie książki bądź pani sekretarka podała inne wydawnictwo czy autora i połowa ma nie to, co trzeba. Kolejne pieniądze pójdą w błoto. Do tego trzeba przecież kupić nowe zeszyty (jeśli kontynuuje się naukę w tej samej szkole, to czasem może zostać kajecik z zeszłego roku, ale jak np. zaczyna się liceum, jak w moim przypadku, wówczas wszystko musi być nowe), dojdą składki na ubezpieczenia, szafka szkolna, ołówek, gumka, długopis, torba czy plecak mógł się uszkodzić... Nawet przy ograniczeniu wydatków do minimum, kwota wyniesie coś w okolicy 500zł, a może nawet więcej.

     A co, jak ma się więcej niż jedno dziecko? Każde kolejne to następne pół tysiąca w plecy. Na szczęście mojej Siostrze wykaz się nie zmienia i może używać starych podręczników po mnie, dokupujemy TYLKO ćwiczenia i dodatki, o których wspomniałam wyżej. Co nie znaczy, że koszty będą niczym ukłucie komara...

     Ta cała nowa podstawa - potrzebne to? Być może ułatwi nieco naukę, nie będzie się powtarzać niektórych materiałów wielokrotnie. Jednak, czy poprzedni system był aż tak zły, aby istniała konieczność wprowadzania tylu zmian i żądania wymiany wszystkich książek? Nie, był on dobry (jak na poprzednie POLSKIE programy i POLSKIE realia). Ten nowy jest niewiele lepszy (o ile w ogóle). A, jak powszechnie wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego. Pamiętajmy, że kiedyś, bez tych wszystkich udoskonaleń i udogodnień, również zdawało się maturę. Wszystko to kwestia chęci - ambitny nauczy się w dowolnych warunkach, przy pomocy dowolnego dostępnego materiału. Po co więc te zmiany? Cóż, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a ściślej mówiąc - o zyski.

     ***

     Wróciłam z rodzinnego pobytu nad Bałtykiem. Tam miałam niepowtarzalną szansę spotkać się z SOLEIL, sam na sam, jeden na jeden. Wymieniłyśmy ze sobą kilka esemesków. Przez moment latałam kilka metrów nad Ziemią, a świat zewnętrzny mnie nie dotyczył. Niestety, zobaczyć się nie udało. Kontakt szybko się urwał. Dzień przed powrotem obudziłam się z rana, z dziwnym poczuciem strachu, że to był sen, że wyśniłam największą przygodę swego życia, najpiękniejszą historię i zarazem największy koszmar. Na szczęście pozostały ślady w telefonie. Teraz wszystko wróciło do normy. Znów tęsknię. Lecz nadzieja rozkwitła na nowo.

____________
<nuta na dziś>

środa, 25 lipca 2012

34. Tato, nie pij już

     Z Tatą jest różnie. Potrafi być naprawdę spoko. Nie jest tak nadopiekuńczy jak Mama, często fajnie się z nim pośmiać, pojechać gdzieś i zrobić ognisko. Ale tylko czasem. Bo zazwyczaj, to znaczy czasem co tydzień, czasem kilka dni pod rząd, czasem co drugi dzień, przychodzi napity, jak dziś. Wtedy gada jakieś bzdury, wszystkiego się czepia, chwilę się śmieje, a za moment złości o byle co. Wmawia nam różne rzeczy, każdej z nas co innego. Nie wiem, jak Mamę i Młodą, ale mnie to, co On do mnie mówi, naprawdę boli. Nawet jeśli doskonale wiem, że to jego chore wymysły.

     Kiedy Tata przychodzi pijany, zamykam się w pokoju, włączam muzykę i próbuję nie słuchać kłótni rodziców za ścianą. W milczeniu czekam tylko, aż wreszcie Ojciec położy się spać. Nie da się Go wytrzymać, gdy jest w takim stanie. Nie da się wtedy nic robić: ani się uczyć, ani skupić na niczym innym. Często chcę otworzyć drzwi i nawrzeszczeć Mu, co o Nim myślę. Kilka razy omal tego nie zrobiłam. Jednak zawsze jakoś udawało mi się powstrzymać, a może zwyczajnie brakło mi odwagi...

     Czasami sobie myślę, że szkoda, że jesteśmy - ja i Młoda. Zapewne gdyby nas nie było, Mama dawno zostawiłaby Tatę. Ale wszystkie mimo wszystko Go kochamy, a jednocześnie, przynajmniej ja, nienawidzę. Nienawidzę tej jego zalanej twarzy, potykania się o meble w korytarzu, tych wszystkich kłótni, Jego gadek, głupawych uśmieszków, lenistwa i marnowania swojego życia. Chciałabym od tego odpocząć.

     ***

     Dziękuję Znudzonej Złudzeniami za poinformowanie mnie o problemie z publikowaniem komentarzy u mnie. Już się tym zajęłam i wszystko powinno działać.

____________
<nuta na dziś>